Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fiszki edward gorey. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fiszki edward gorey. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 lipca 2008

I had not done so for a whim


ukradłam to Pawłowi. nie mogłam się powstrzymać. to jest mój rysunek teraz właśnie. fragment 'The Osbick Bird' Goreya. dziękuję.

An osbick bird flew down and sat on Emblus Fingby's bowler hat.
It had not done so for a whim, but meant to come and live with him.
On Fridays Emblus played the flute; the bird now joined him on a lute.
The top of the zagava tree was frequently where they had tea.
They sometimes strolled beyond the town in time to watch the sun go down.
The cards got battered past repair as they played double solitaire.
And after that they would not speak to one another for a week.
They went to Periboo by car and places twice again as far.
In winter they were both discreet and wore galoshes on their feet.
Upon the river Oad the two were often seen in their canoe.
The years passed by in pressing weeds and making bell-pulls out of beads.
And when at last poor Emblus died the osbick bird was by his side.
He was interred; the bird alone was left to sit upon his stone.
But after several months, one day it changed its mind and flew away.


niedziela, 6 stycznia 2008

Edward Gorey - odcinek pierwszy


Gorey złowił mi się przypadkiem.


W strandzie, nowojorskiej taniej jatce, na co pewnie ci co byli się oburzą. Poszłam tam pooglądać książki. Ale i w stronę komiksów mnie wrzuciło. Nie wiem czemu głupiutkie dziewczę nie uprzytomniło sobie, że się w raju komiksów znajduje i przespało zupełnie pod tym kątem (i wieloma innymi) swój pobyt w mieście wymarzonego pobytu. Usprawiedliwienie jest jedno – jakoś ostatnio ciągnie mnie mocno w stronę książeczek ładnie wydanych.

I w tym strandzie stanęłam przed stolikiem, na którym znalazłam Goreya. Piękna maleńka książka. I cena śliczna. No to biorę. Wyszłam. Kupiłam obiad w tacce plastikowej i ruszyłam na poszukiwanie ławki. Zjadłam, po czym od niechcenia wzięłam się za zdrapywanie ceny z okładki, bo na mnie krzyczała, żółta jedna.

I po 10 minutach, a raczej przejściu chyba ze 2 przecznic byłam z powrotem, przewaliłam stolik i okoliczne do góry nogami i tak właściwie to mogłam wracać do domu.

Nie wiadomo czemu, ale o Goreyu w kraju nad Wisłą cicho.
niby Literatura na Świecie coś wydrukowała (miałam ochotę uśmiercić tłumacza). niby w fioletowej krowie można Goreya odnaleźć. niby w nieszufladzie jego limeryki tłumaczą. niby... a tak naprawdę nic.
...no jeszcze znalazłam informa
cję, że w 2002 roku Małgorzata Gurowska ilustrowała (sic!) wiersze Goreya. Jedynym śladem tej publikacji, którą bardzo bym chciała już nie ze względu na Goreya w łapki dostać, jaki udało mi się znaleźć w sieci jest to:





Rysownik Edward St. John Gorey urodził się 22 lutego 1925 roku w największym skupisku Polaków w Stanach Zjednoczonych.

Rodzina Goreya z pewnością nie należała do nudnego czikagowskiego mieszczaństwa. Jego rodzice najpierw się rozwiedli, kiedy chłopię miało lat zaledwie 11, a potem zeszli, jak miał lat 27. Jedna z jego macoch, (niestety wikipedia nie podaje ile ich było), piosenkarka kabaretowa, zagrała w Casablance. Prababka rysowała pocztówki na wszelakie okazje, co pewnie nie było poobiednim zajęciem kobiet w XIX wieku.

Młody Edward przewinął się przez szereg przeróżnych szkół. Zahaczył nawet o Harvard, gdzie uczył się języka najlepszych moim zdaniem rysowników komiksów. I niech nawet nikomu do głowy nie przyjdzie że mam na myśli japoński.

Jak już skończył studia nad Proustem (to podpowiedź dla Bartka, a i tak się pacan nie zorientował z jakiego kraju pochodzą moi ulubieni rysownicy komiksów jak to czytał, a potem się wykłócał, że Prousta przecież mógł Gorey po angielsku czytać, no nic to), osiadł nasz bohater w Nowym Jorku, gdzie pracował jako ilustrator dla Doubleday Anchor Books (obecnie część wydawnictwa Random House). Ilustracje Goreya, zdecydowanego zaduszacza mamysów, trafiły do książki Eliota Old Possum's Book of Practical Cats:




W 1953 ukazała się pierwsza autorska książeczka Gorey'a - The Unstrung Harp. Następne wyskakiwały jak koty z melonika.
A na świecie Goreya wielbią za rymowany alfabet - wyliczankę pod tytułem The Gashlycrumb Tinies (1963).



Opowiada on o pechowych maluchach, z których każdy ginie w niesamowitych okolicznościach. A zaczyna się to tak:

A is for Amy who fell down the stairs.




B is for Basil assaulted by bears.


C is for Clara who wasted away.


D is for Desmond thrown out of a sleigh.


E is for Ernest who choked on a peach.



F is for Fanny sucked dry by a leech.


Tych, których zjada ciekawość co dalej z maluchami (swoją drogą niezła śmierć; zresztą, jak wszyscy wiemy, curiosity killed the cat) odsyłam tu.

cdn