This is my home
The place where I'm lonely
czwartek, 19 marca 2009
sobota, 7 lutego 2009
przesilenie
Sąsiadka balkon obok myje okna, ma bose stopy i włosy spięte granatową klamrą. Czekam na pierwsze zazielenienia. I tęsknię za krk.
z dedykacją.
_____
może ktoś mi poleci jakąś książkę na wiosenne przesilenie? (mandawojcik (at) gmail.com)
środa, 6 sierpnia 2008
sobota, 5 lipca 2008
lektury bez śniadania. moje nowe życie.
Postanowiłam, że będę o siebie dbać. Co z tego, że jestem sama. Nie jedzenie nie jest równoznaczne z samowystarczalnością. Jestem sama, tak zdecydowałam i ma mi być z tym dobrze! Trudno, ku zgrozie pani na rybnym, będę kupować małe kawałki filetu z łososia. 5 plasterków wędliny. Garść winogron. Mały koszyczek malin. 1 brzoskwinię.
Ale miałam pisać o czymś innym. Zwykle czytanie rubryki hit/kit w wysokich obcasach niesie ze sobą mieszane uczucia. Tym razem Paulina Reiter pisze o albumie Mass Kotek "Miau, miau, miau", ale staje się to pretekstem do napisania o tym, żeby nie czuć się lepszym tylko dlatego że ma się inną świadomość, zaplecze kulturowe i marzenia. A to zawsze mi w polskim wydaniu feminizmu przeszkadzało. Mnie kobiety, o których pisze Reiter, a śpiewają Mass Kotki fascynują i przerażają. Nie mam jednak dostępu do ich świata i ich pragnień, ich rozczarowań, ich złudzeń, ich radości i problemów. A kropką nad i jest tekst "dziewica na sprzedaż". To już drugi dobry numer obcasów pod rząd.
Wstaję z kanapy, którą przesunęłam pod okno. Tym znudzonym opcją shuffle i swoją biblioteką muzyczną, polecam radio FM4. Pisałam już o nim wcześniej, ale słuchałam ostatnio raczej połamanego Shirley and Spinoza.
PS. Wiem, że właściciel kolarki, którą bez pardonu zaparkował na moim przewróconym obok almy rowerze nie czyta tego bloga, ale inni właściciele rowerów czytają. Błagam, nie utrudniajmy sobie nawzajem życia. To naprawdę trudna rzecz, wyrwać zakleszczony rower, podczas gdy ten, który trzyma go w uścisku jest przymocowany do słupa sztywną blokadą. Jedną ręką trzeba podnieść cudzy rower, drugą wyszarpać swój, wściec się że pedał kolarki zaklinował się przy zębatce. Kobietę, która ma słabszy dzień może to doprowadzić do płaczu. Ja klęłam siarczyście. Wyprzedzam pytanie - nie, żadna z 20 przechodzących osób, nikt spośród tych stojących na przystanku nie zaoferował mi pomocy.
środa, 2 lipca 2008
I had not done so for a whim

ukradłam to Pawłowi. nie mogłam się powstrzymać. to jest mój rysunek teraz właśnie. fragment 'The Osbick Bird' Goreya. dziękuję.
An osbick bird flew down and sat on Emblus Fingby's bowler hat.
It had not done so for a whim, but meant to come and live with him.
On Fridays Emblus played the flute; the bird now joined him on a lute.
The top of the zagava tree was frequently where they had tea.
They sometimes strolled beyond the town in time to watch the sun go down.
The cards got battered past repair as they played double solitaire.
And after that they would not speak to one another for a week.
They went to Periboo by car and places twice again as far.
In winter they were both discreet and wore galoshes on their feet.
Upon the river Oad the two were often seen in their canoe.
The years passed by in pressing weeds and making bell-pulls out of beads.
And when at last poor Emblus died the osbick bird was by his side.
He was interred; the bird alone was left to sit upon his stone.
But after several months, one day it changed its mind and flew away.
wtorek, 3 czerwca 2008
gofry
Przypomniało mi się, bo znalazłam ustalone z Agatką proporcje na chrupiące gofry. I go tu zapisuję, żeby się nie zgubił. Ja wolę inne, miękkie, z kruchą skorupką. Słodsze.
3 jajka, sól, 1 łyżeczka proszku, 1 sody, 2 szklanki ikea mąki, 2 mleka, 1/3 szklanki ikea oleju, cukier do smaku.
niedziela, 18 maja 2008
W domu dobrze, ale wszędzie najlepiej.
Spis treści bloga na dni najbliższe:
-Targi Książki odczytane pod kątem ilustracji i książek dla dzieci
-kilka słów o Herzogu i jego dokumencie Encounters at the End of the World
-o tym, że jednak przeczytałam książkę, która uczy jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało
Na koniec smutna wiadomość. Od czerwca Magura znika z radia jazz. Brak słów.
czwartek, 8 maja 2008
Kalendarz przestał być potrzebny
Na maj mam dwa wpisy.
Dentysta.
PJ Harvey.
Ja chcę pracę.
Już.
Nawet listonosz się przyzwyczaił, że nigdy mnie w domu nie ma.
A krakowska puszka coli wita mnie po radosnej stronie życia. W mniejszym - 250 ml formacie.
PS (19 maj)
w 2/3 maja stwierdzam - bez kalendarza jest jedynie lżej.
niedziela, 4 maja 2008
Somewhere else before
poniedziałek, 31 marca 2008
ząb, zupa zębowa
Mam za to woreczek z lodem przymocowany do twarzy i szwy do ściągnięcia w poniedziałek.
Jeszcze nie boli. Bartek torturuje mnie zapachem marynowanej przez 3 dni polędwicy. Ja to sobie ją mogę co najwyżej zmiksować i wciągnąć przez rurkę.
Wszyscy straszą skrzepem, a właściwie jego wypłukaniem i pustym zębodołem. Przysyłają kondolencje.
A zęba mi usuwał pan dentysta, co wyglądał jak poseł Misztal po pobycie w Dubaju. I miał blond asystentkę, która kładła mi chłodny okład na czole, po tym jak mi się ciemno przed oczyma zrobiło mimo kompletu jarzeniówek nad moją głową. I mówił do niej Misia. Misia, mocniej mi ten policzek odciągnij. Szerzej.
wtorek, 25 marca 2008
tylko przyjaciele nie dają ściągać
o tym, czy rozgrywa się bardziej w świecie, czy bardziej w głowie.
i przypomniał mi się Dygat. podróż - rozdział pierwszy.
o tym, że jest się nieswoim. że się czuje, że coś mogło być inaczej niż jest. że się oczekiwania co do siebie i świata miało i się nie wie teraz czy to świat ich nie spełnił, czy my sami.
i tak bardzo chciałoby się na świat zwalić.
a ma się uczucie, jakiego doznawało się kiedyś, idąc do szkoły z nieodrobionymi lekcjami.
a Dygat pisze:
"A co robi uczeń, który nie odrobił lekcji?
Odpisuje z zeszytu kolegi."
niedziela, 17 lutego 2008
a ziemia kręci się dalej
poniedziałek, 4 lutego 2008
loko mocyjna choroba
Bilans strat: pomiędzy jednym snem a drugim wysłuchałam tylko 10 minut dj magury. To musiało zresztą nieźle wyglądać - półżywe dziewczę wstaje o 15:56, źle zauważa godzinę, więc myśli, że dopiero 6 po 15. Każe sobie szybko radio jazz ustawić pokrętłem, szczęśliwe że wewnętrzne budziki wezwały ją na cotygodniowe spotkanie (takie cotygodniowe spotkanie mi się z mszą skojarzyło, dziwnie te moje nie do końca zdrowe myśli krążą). A tu u dj magury gra, osz nawet nie pamiętam, chyba Peter Tosh, a po chwili magura dj podsumowuje pierwszą... godzinę audycji.
A takie energetyczne rzeczy wymieniał, po czym puścił jakiegoś longpleja swoje lenistwo tłumacząc dawną polską tradycją puszczaniana na 3.. 2.. 1.. longplejów całych. I puścił. Co, nie wiem, bo poszłam spać dalej. I mi się przypomniało, że dj magura mówił o dniu niedźwiedzia (niedźwiedź, co nad czasem panuje się akurat 2 lutego z boku na bok przewraca) zastąpionego przez świec święcenie. I tyle pamiętam jeszcze z soboty, że miałam pretensje do niego, że w połowie audycji ten niedźwiedź mu się odwrócił z energetycznych rzeczy na smętne.
Bo potem to już pamiętam, jak mamie mówiłam, jak się obudziłam po 22, że nie, że nie jest źle, że to ze stresu wszystko. No to ona mi temperaturę kazała zmierzyć. No cóż, wysoka była.
Za to w niedzielę, w jedynej właściwej pozycji, leżącej, przeczytałam sobie 2 kryminały, podsypiając w międzyczasie, jeden PRLowski, drugi irlandzki. Usprawiedliwienie mam - jak tylko się podnosiłam, to się czułam jak w tym jeepie, co mnie wiózł dawno temu do darjeeling (kupiliśmy sobie najtańsze miejsca- na tyle). Nic z widoków nie pamiętam, bo musiałam głowę między nogami trzymać.


