wtorek, 2 grudnia 2008

przeprowadziłam się. mam na wyłączność 17 m. mogę znów biegać po mieszkaniu w stroju, za który w Szczecinie można dostać mandat, a nawet w skromniejszym.
skłamałam. biegać nie mogę, bo bieg kończy się na czwartym kroku. potem coś staje mi na drodze.

środa, 26 listopada 2008

narzekam, kto nie chce - niech nie czyta

No i dopadł mnie pierwszy warszawski kryzys. Zaczynam się zastanawiać po co właściwie się przeniosłam. Oczywiście wiedziałam, że kiedyś przyjdzie, spóźniony towarzysz wszelkich decyzji wykraczających poza wybór pomiędzy jajecznicą z pomidorami i bez. Tym razem zaatakował paskudnie, między innymi odbierając mi sen. Z drugiej strony może to i lepiej, bo nie wiem kiedy poranek witałam bardziej zmęczona - po nocy pełnej przeładowanych snów, czy po nocy bez-sennej.
Koniec narzekań. Sama chciałam.
W niedzielę przeprowadzka na Mokotów. Pomoże? Czy trzeba nowego / innego zajęcia? Miejsca?

czwartek, 20 listopada 2008

Przy okazji szukania informacji o siatkarce, znalazłam wywiad Bogny Świątkowskiej z Pauliną Ołowską, która doprowadziła do tego, że neon świeci.

I gdzieś warszawski modernizm, którego szarość przełamywały mleczne szyby i neony zderzył mi się z niebieskim szkłem lat 90. Późniejszym wybuchem reklamy wielkoformatowej. Welschowska anestetyka staje się dla mnie najważniejszym sposobem określania moich intuicji co do przestrzeni miejskiej. W kontrze do nadmiaru stoi zwykła brzydota większości wnętrz budynków publicznych. Przypomniała mi się Karolina Kowalska, montująca w krakowskim Urzędzie Pracy nakładki na neony. Jej filmy found footage. Zabawa znalezionym. Proste gry tym, co zastane. Pokazywanie jak małe rzeczy zmieniają odbiór rzeczywistości. Czas i energię.


i aga ratuje mi wieczór bardzo sentymentalną piosenką. o przyjaźni prawdziwej, czyli męsko męskiej.

warszawa uwodzi drobiazgami. neonem siatkarki na placu konstytucji. tym, że jak stojąc na moim podwórku zakręci się wokół własnej osi i popatrzy w niebo, na pędzące ponad miastem chmury, to się wydaje, jakby się było w potężnym kalejdoskopie. połamanymi parasolkami w co drugim koszu na śmieci. bankomatem, na którym wyświetlają się w rogu cyferki 007.
mam wieczór tęsknoty za dawnym życiem. wieczór zwątpienia w swoje wybory. próbuję się więc trzymać obrazów.

czwartek, 13 listopada 2008

kino samochodowe w Warszawie

I znów coś ciekawego w Warszawie, czyli kino samochodowe (tu o szczegółach).
Ekran stanie w sobotę naprzeciwko MDM-u, tyłem do Pałacu Kultury i Nauki. W programie kroniki filmowe z lat 50., "Rozwodów nie będzie" i "Niewinnych czarodziei". Dźwięk na częstotliwości 89,4 FM. Niezmotoryzowani będą mogli skorzystać z podstawionych autobusów "ogórków" i samochodów syrenek. Jak już nie będzie miejsc, organizatorzy namawiają, żeby... dosiąść się do kogoś.
A wszystko to w ramach festiwalu Niewinni Czarodzieje.

środa, 12 listopada 2008

Podróże męczą. Kształcą też. Albo odkształcają, zmieniając coś, co wydawało się ustalone. Szczególnie jak się wpada z jednej podróży w kolejną. A zwykło się prowadzić osiadły tryb życia.
Piszę niejasno. Ale trudno jest mieć jasność w stanie pomiędzy. To dziwne, ale jedyną stałą jest dla mnie teraz internet. Część mojego życia przeniosła się w spersonalizowane okienka aplikacji.
Nie mam innego swojego miejsca.

Miastoszepty - warszawskie ucho

Na "swoim" portalu przeczytałam dziś o uchu, które zawiśnie przy alei Wyzwolenia 18 w Warszawie. Ciekawa jestem co wyszeptają mu przechodnie. Czy stanie się książką skarg i zażaleń? Koncertem życzeń? Tego dowiemy się w planie B lub w CSW. Bo ucho będzie rejestrować zwierzenia.

piątek, 7 listopada 2008

Alarm 2+3d Balzakiana i inne kamyczki z dawnego ogródka

Po pierwsze - w Warszawie ciekawa wystawa dla tych co lubią nie do końca grzeczną grafikę. Jak piszą organizatorzy możemy spodziewać się dużej ilości surrealistycznych opowieści o Warszawie.
Na wystawę z pewnością przyciągną nazwiska: Dominik Cymer, Tomasz Kaczkowski, Jan Kallwejt, Marcin Kuligowski i Rafał Szczepaniak.
Więcej o wystawie tu i tu.
Obrazek poniżej pochodzi ze strony Kallwejta.


Po drugie - w kioskach (taki żart), a na poważnie - w dużych empikach i w jeszcze kilku innych miejscach nowe 2+3d - numer dla fanów ilustratora Henniga Wagenbretha.
Poniżej element z jego mapy Johannesburga:

oraz Lęk przed strzykawką:


Po trzecie - w Katowicach od 14- 16 listopada warto zaglądnąć na targi książki. Szczegóły tu.

Piszę z kanapy. Mojej krakowskiej kanapy. Na której nie czytałam co prawda nowego Dehnela, ale i tak o "Balzakianach" 2 zdania napiszę. Przeczytałam kilka recenzji, w tym "Triumf obłości" Sendeckiego, samą książkę skończyłam chwilę wcześniej. I obłość wydaje mi się słowem kluczowym, bo mnie ta książka przypomina misterną wydmuszkę, taką, jakich już nie ma, no chyba że w cepelii i targach świątecznych na krakowskim rynku. Taką, nad której wykonaniem ktoś siedzi długi czas, starannie wyrysowując wzory. I nie jest to do końca zarzut. Książkę czyta się dobrze, cała skrzy od ozdóbek, drobnostek, aluzyjek, anegdotek. Uwodzi retro klimatem narracji.
Jest ładna i wzruszająca. Jak ornamenty w dizajnie.
I trochę styl ukrywa miałkość treści. Historie są jak z błyszczących magazynów. Brak mi w nich prawdziwych bohaterów. Z krwi i kości, a nie z kredowego papieru czy pudru.

wtorek, 4 listopada 2008

lotto mania

Moich pracowych znajomych dosięgnął amok totolotkowy, który z radością małej dziewczynki podsycałam. Dostałam rykoszetem.
Szukanie po 20 na Mokotowie czynnej kolektury prowadzi w miejsca dziwne, jak to, w którym k i ucho kupili kupony. Wielka płyta, parter. Trzej jednoręcy bandyci, boazeria, pod sufitem siatka, z której zwisają, pewnie przez cały rok, bombki lotto. Ciasno. W środku tłum stałych bywalców, którzy zakłady puścili już o poranku, a teraz liczą, że uda im się kilka złociszy wykrzesać z czarnych maszynek, na których widać raz dzwonki, raz czereśnie, raz cytrynki. Potrącają się łokciami przyodzianymi w skórzane rękawy kurtek. Wszyscy w skupieniu patrzą na wciąż te same symbole w różnych konfiguracjach.

niedziela, 2 listopada 2008

kakadu na krakowskim przedmieściu

Przechodząc Krakowskim Przedmieściem minęłyśmy z Agą uroczą parę, która wyprowadzała na spacer ni mniej ni więcej, tylko kakadu żółtolicą. Zastanawiałyśmy się, co mogłybyśmy zobaczyć, gdybyśmy szerzej skorzystały z oferty Przekąsek i Zakąsek.

Mogło to brzmieć tak: "Tadeuszu, przygotuj się proszę do wyjścia, trzeba zabrać Toleńkę na spacer. Taka ładna niedziela, być może ostatnia w tym roku. Nie może się przecież zmarnować."

Z dzisiejszego dnia zostanie mi także "Klaskacz" Bruszewskiego na wystawie Rewolucje 1968 w Zachęcie. I kilka innych rzeczy, wrażeń z tej wystawy, ale jednostkowo najbardziej on.

sobota, 1 listopada 2008

warszawa, czyli po raz kolejny nie mam pomysłu na tytuł

Aga ma w opisie na skype "niewidoczny". A ja się właśnie tak czuję. Jestem, ale z ukrycia. Nie szukam kontaktu. Sprawdzam co się przydarzy.



Coraz bardziej lubię Warszawę. Mleczne szyby domów handlowych centrum. Modernistyczną architekturę, którą warszawiacy zalewają żółcią kanarkowej farby.
Spacerować pustawymi w weekend ulicami. Wiedzieć, że nikogo nie spotkam. Zauważać poziomy warszawskiej ulicy, jej strukturę, koloryt, od lśniących bezosobowych wystaw placu trzech krzyży, przez rzędy pastelowych blokowisk, po bezdomnego śpiącego w nieużywanej windzie zjeżdżającej do stacji metro centrum. Brudne neony, świeże grafitti, ekrany w metrze. Wszystko tu jest obok siebie. Wymieszane w wielkim kotle sieciowych sklepów, prywatnych pralni chemicznych, obskurnych spożywczaków, sklonowanych kawiarni, bezskutecznie udających, że mają własny charakter. Chłodne modernistyczne szarości zmiksowane z plastikiem, pleksą w brzydkich kolorach. Odnowione fasady i zapuszczone podwórka.


W centrum rozciągnięte na kamienicach długonogie modelki, znane aktorki w najlepszych fotoszopowych uśmiechach. Błyszczące citylighty. Szerokie trotuary. A na podwórkach śmietniki, które każdego wieczoru eksplodują resztkami splendoru, hotelowej konsumpcji, też stosownie, egalitarnie, wymieszanymi z wyniesioną z piwnicy wersalką, starym krzesłem i opakowaniami po produktach jedynka. Dwie historie miasta splatają się tu lepiej niż gdziekolwiek indziej.


Na moim podwórku stoi Pałac Brzozowskich, zaniedbany, większość jego obecnych mieszkańców pewnie nawet nie słyszała o Sławie i chwale Iwaszkiewicza. Kamienicę, w której mieszkam, zbudowaną podobno dla oficjeli UB, nafaszerowaną systemami podsłuchowymi, dziś zaludniają - zgodnie z starą nomenklaturą - mieszkańcy i lokatorzy. Oczywiście należę do tej drugiej, gorszej kategorii. Mieszkanką jest zaś starsza pani z parteru, która w równym stopniu nie dba o siebie, co dba o okoliczne koty, które na całym podwórku rozrzucone mają poduszki i podesty, zrobione najwidoczniej z odnalezionych na wspomnianym już śmietniku mebli. Rozczochrane koty o bardzo dziwnym wyglądzie (czyżby wśród dalekich przodków była jakaś rasowa, acz puszczalska koteczka, przywieziona na przykład na 10 urodziny którejś z hrabianek Brzozowskich?). Koty mają też uchylone okienko. A pani mieszkanka, która w kontaktach z ludźmi ma głos chrypliwy, woła je śmietankowomiodowym szeptem.


koty

Blog Siwej uruchomił tęsknoty. Szczególnie za szarą wielbicielką torebek.


niedziela, 26 października 2008

gdzie jestem

Ładne rzeczy. Ludzie z Krakowa myślą, że jestem w Warszawie, kiedy jestem w Krakowie. Dzwonią do mnie, jak już jestem w pociągu, w drodze na stację, pod warszawską kamienicą. Pytają czy może kawa za pół godziny?
Te kilka osób, które znam w Warszawie, są przekonane, że jestem w Krakowie, kiedy ja właśnie siedzę na Brackiej, tej warszawskiej, okołonowoświatowej, nie krakowskiej, prowincjonalnej.
Dzwonię, odbieram telefony, za każdym razem po drugiej stronie zdziwienie, "to ty jesteś ...", "aaa, ciebie nie ma ..."
Chyba stworzę RSS ;)
wszczepię sobie czipa i moje podróże pomiędzy moimi dwoma, trzema, czterema miejscami na ziemi będzie można obserwować w internecie.
Dla uporządkowania - jestem w Warszawie. Nie ruszam się stąd aż do 5 listopada. Chyba...

poniedziałek, 20 października 2008

Michaszka - chce to rzeźbi, nie chce - nie rzeźbi



Przypomniało się przy okazji, jak Michaszka mówił o Kubie, że śliczni chłopcy, jak czekolada, na plaży i się Marecki oburzył, że przecież tam dyktatura. A Michaszka na to: "No weź, nie gadaj, że wolisz myśleć o zramolałym fidelu i że cię dupy nie kręcą".
jakoś tak to było wg b.

romans się skończył.
w krakowie mam już tylko przelotne flirty.
chwilowe tęsknoty. odrobinę obowiązków.

a ja spędzam czas_po_pracy na cudzych blogach. wodząc myszką nad warszawą w google maps. kraków zdradziłam zupełnie - pracuję dla warszawa.gazeta.pl
widuję się z ludźmi, których nie widziałam lata. Słyszę historie o minionych epokach. Podróżuję i dosłownie i nie. Czytam Balzakiana. Czytam nową Ugresic. Czytam. Słucham. Myślę nad tym co dalej.

niedziela, 5 października 2008

Dużo zmian. Dużo nowych rzeczy.

No i zmieniłam miejsce zamieszkania. Własne kilkadziesiąt na cudze 12. Z drugiej strony dobrze, że tylko 12, bo skoro na doprowadzenie do użytku tylko części z tych 12 zużyłam butelkę rozpuszczalnika acetonowego i pół doby... Walka o parkiet to wyczerpująca i narkotyzująca sprawa. Szczególnie gdy przedmiot zainteresowania ma ponad 60 lat, a od dobrych kilku przykryty był szczelną zieloną wykładzinową kołderką. Na amen miało to być sądząc po ilości kleju.

Uczę się słuchać radia. To przymus, bo wszyscy wokół słuchają. Stanęło na Tok fm. Trujki nie strawię.

Poznaję kulinarną Warszawę. Na razie bitwa mój żołądek kontra stołeczne jedzenie: 1:2. Namaste India z Nowogrodzkiej 15 utrzymała się przez niecałą godzinę. Olbrzymie ilości śmietany dodawane do sosu zabiły przyprawy i cały mój wieczór. A szkoda, bo samosy z baraniną były świetne. No cóż, tym samym najbliższa restauracja indyjska zostaje skreślona z listy. Nie wiem skąd tak wysoka ocena jedzenia na portalu gastronauci. Krakowski Indus ma jedzenie o niebo lepsze. Już mi brak navratan kormy.

Zakochałam się natomiast w piekarni Vincent na Nowym Świecie 64. Świetna kawa, pyszne croissanty, kapitalne bagietki. Stoliki wystawione na nasłoneczniony chodnik. Jako że jest czynna od 6:30 do "Uuuu" jak powiedziała obgryzająca końcówkę bagietki dziewczyna i udało mi się odnaleźć przejście z mojego podwórka na Nowy Świat, może czasem tam zacznę dzień?

Stolica poprawiła wynik na 2 Samirą. Ale wkroczenie tego gracza na boisko oznaczało pewnego gola. I torebkę na wynos z homos tahini, oliwkami, serem i pitą. I piniolami. I sokiem z granatów. Na razie nie umiem gotować w nowej kuchni, więc na widok półki z przyprawami tylko pociągnęłam nosem.

Dopisek - Tandoor Palace też mnie niestety nie powalił - nie pomogły nawet entuzjastyczne recenzje Oli Lazar na gastronauci.pl Zjadłam - za pierwszym razem - baraninę tandoori - była w porządku, ale bez odlotu. Za drugim - navratan korma. Klęska. Ale mają tam dobre roti i raitę. Wszystkim fanom navratan kormy polecam krakowskiego (h)Indusa na Sławkowskiej. Jak kucharz ma dobry dzień, to robi z tego dania cudo.

A tobrze zabrał mnie i k na stadion. Już raz tam byłam, ale cóż - o 3 rano na zupę było jeszcze za wcześnie. Tym razem trafiliśmy między stragany za późno na zakupy, ale na zupę w sam raz, czyli ok 12.30. Zupa won ton jest boska. Sajgonki również.

środa, 1 października 2008

jestem czy mnie nie ma?
kto zgadnie?

niedziela, 21 września 2008


na mentalnych walizkach.
patrze na inne nie decydując się na swoje.
przeczekiwanie. poprawiam co chwilę włosy.

w moim łóżku śpi . Ja mam kołdrę białą, on niebieską. Białej nie chciało mu się szukać.
Małe rzeczy wyznaczają ton całości. Ton(aż!).




wtorek, 2 września 2008